Moje katharsis – o tym, jak zostałam oszukana

Ten wpis powstał ku przestrodze, ale też po to, żeby pokazać drugą stronę medalu pracy w usługach. Dziś patrzę na tę sytuację z dystansem, chociaż wcale nie uważam tego doświadczenia za przyjemne, ale może było potrzebne. Dziś wiem, że można było tego uniknąć, mogłam zrezygnować, ale chciałam doprowadzić sprawę do końca. Cała historia poniżej.


W marcu tego roku zostałam oszukana przez klienta. Tak się poczułam i tak to nazywam.

Spotkaliśmy się przy okazji innego projektu. Po krótkiej rozmowie o tym, czym się zajmuję, zostałam zaproszona do biura i jak zwykle przeprowadziłam solidny wywiad. Zawsze tak robię. Staram się, żeby wszystkie prace na zlecenie były spersonalizowane, dopracowane, a przede wszystkim dążę do tego, żeby doskonale zrozumieć klienta, jego potrzeby, wyobrazić sobie jego wizję projektu i poznać wyobrażenie o przebiegu przyszłej współpracy. Poświęcam na to tyle czasu, ile trzeba. Rozmowy nierzadko przyjmują formę bezpłatnych konsultacji, które pomagają mi przygotować się do pracy nad projektem. Czasem odbywają się w formie pisemnego briefu, a informacje, które są zawarte w odpowiedziach od klientów, stanowią dla mnie solidną podstawę działania, zwłaszcza w przypadku zleceń długoterminowych.

W marcu pojechałam do Zabrza. Oczywiście ze względów RODO i innej ochrony danych, nie podam nazwy firmy, ani też nie znajdziesz nic na jej temat na mojej stronie www, ani profilach. Ten wpis stworzyłam ku przestrodze, a przy okazji traktuję jako katharsis, pozbycie się myśli, które czasem wracają w związku z tą sytuacją (dziś jest dobrze, chociaż przez wiele tygodni towarzyszyło mi poczucie niezgody i niesprawiedliwości). Kilkukrotnie też zabierałam się do napisania tego tekstu. Miałam nawet pomysł, żeby poprosić o komentarz zaprzyjaźnionego prawnika, ale potem stwierdziłam, że nie będę go w to mieszała.


Wracając do początku tej historii… Od pierwszego spotkania w biurze w Zabrzu czułam, że nie jest to dla mnie dobre miejsce. Pomimo uzyskania odpowiedzi na zadane przeze mnie pytania, pan wciąż nie wiedział, czego właściwie chce. Mimo to postanowiłam spróbować i sprostać wyzwaniu – „Przecież jestem kreatywna”, pomyślałam, "Poradzę sobie”. Nie poradziłam.


Po kilku tygodniach pracy nad projektem, wysłałam pierwsze pliki do weryfikacji. Raz, drugi, trzeci – projekt odrzucony. Zaczęły pojawiać się mało konkretne powody, dlaczego moja praca się nie podoba, w tym: „Za mało marketingowo”, „Inaczej sobie to wyobrażałem”, „Te pliki są bezużyteczne”, „Projekty nie stanowią dla mnie żadnej wartości”, „Twoja praca jest tragiczna” i tym podobne. Dodam tylko, że wszystko było wysyłane regularnie i pan miał wiele okazji ku temu, żeby zrezygnować ze współpracy na kolejnych etapach realizacji projektu. Mimo to dalej zlecał mi fikcyjne edycje. A ja wprowadzałam zmiany, nie chcąc stracić tego, co zrobiłam do tej pory i mając świadomość, ile czasu już temu poświęciłam. Niestety nie wzięłam zadatku ani zaliczki, więc tym bardziej starałam się, żeby uzyskać zapłatę, kiedy już zdecydowanie czułam, że idziemy w złą stronę.


Po 4 miesiącach bujania się z tym projektem (pracą nie da się tego nazwać), po kolejnych edycjach i odsyłaniu sobie wzajemnie plików, wystawiłam fakturę. Wtedy też pojawiły się wyimaginowane problemy (np. remont biura jako powód braku odzewu przez tydzień po otrzymaniu rachunku), ponieważ pan nie raczył poświęcić kilku chwil, żeby odnieść się do finalnej wersji projektu, a gdy w końcu odpisał, w treści pojawiło się magiczne: „Faktura została odrzucona”. Ponownie bez podania przyczyny. Co ważne w tej opowieści, w tym samym czasie upoważniony do kontaktu pracownik zapewniał mnie, że zlecenie spełnia oczekiwania i wygląda dobrze.


Miałam już dosyć, zgłosiłam się o pomoc prawną do kancelarii. Właściwie w tym samym czasie rozmawiałam z dwoma niezależnymi podmiotami prawnymi, jednak zdecydowałam się na współpracę z tym, który miał czas „tu i teraz”, czyli w momencie mojego ogromnego zdenerwowania. Kancelaria zajęła się windykacją. Po przesłaniu przedsądowego wezwania do zapłaty, pan kolejny raz nic sobie z tego nie zrobił. Odpisał mojej adwokat, że nigdy nie współpracował z moją firmą (ponieważ na fakturze nie widniało Diamond Speech – faktyczna nazwa zarejestrowana w CEDiG jest inna). Z takim wyrachowaniem i bezczelnością nie spotkałam się jeszcze nigdy. Odpuściłam.

W trakcie negocjacji (dotyczących próby odzyskania pieniędzy za wykonane zlecenie!) miałam wsparcie doradcy biznesowego, a przy okazji bardzo empatycznego człowieka. Pomagał mi tworzyć strukturę maili, które powinny wyjść kolejno z mojej skrzynki odbiorczej, czytał przychodzące odpowiedzi, przedstawił pełen profil i typ osobowości tego pana. Między innymi dzięki temu miałam pewność, że jeżeli sprawa skończy się w sądzie, wygram.

Cały czas starałam się dojść do porozumienia, miałam dobre intencje oraz dowody, że wywiązałam się z umowy. Maile od pana X wciąż nie zawierały żadnych konkretów. Czułam się, jakbym rozmawiała ze zbuntowanym nastolatkiem: „Nie zapłacę, bo nie”. W mojej ocenie zachowywał się jak osoba, której upada firma, ale udaje, że wszystko jest w porządku. Nie radził sobie i wyżył się na mnie, ponieważ trafiła się ku temu okazja.

Mijały kolejne tygodnie. Wróciłam do rozmów z drugą kancelarią i ponownie odzyskałam siłę do podjęcia działań windykacyjnych. Czułam się rozumiana i zaopiekowana. Wiedziałam, że jeżeli poświęcę czas na opowiedzenie tej historii przed Sądem, reszta potoczy się dobrze. Zostały mi przedstawione możliwe scenariusze, żebym mogła się przygotować na każdą ewentualność. Pozew chciałam napisać sama. Wiem jak, potrafię, chcę, w końcu to moja historia i moje emocje, nikt nie ujmie tego lepiej niż ja sama.


I zaczęłam pisać. Ponownie wróciły złe wspomnienia, mój nastrój pogarszał się z każdym przelanym słowem. I wtedy trafiłam na publikację Marcina Osmana. Ktoś będący w podobnej sytuacji do mojej poprosił o pomoc i zapytał, co ma robić. Na co Osman odpowiedział: „Zamiast poświęcać swój czas i energię windykacji, skup się na zarabianiu i pomnażaniu pieniędzy”. BINGO! Jakie to proste! W tym samym momencie pomyślałam sobie: „Karma i tak do Ciebie wróci panie X” – a jeżeli jakimś cudem przeczyta pan ten wpis, może pan spać spokojnie – o ile sumienie panu pozwoli – ponieważ sprawa nie trafiła i nie trafi do sądu. Szkoda mojego czasu i zaangażowania. Ma pan również moją zgodę na wykorzystywanie plików w dowolnej formie – i tak pan pewnie to robi, ponieważ o aktywnym korzystaniu z moich projektów zapewniała mnie upoważniona przez pana do podejmowania decyzji osoba, zadowolona z efektów mojej pracy.

Coś, czym również chciałabym się podzielić w tym wpisie to, że w pewnym momencie czytania kolejnych nacechowanych negatywnie maili i treści w stylu: „Nieprofesjonalne zachowanie”, „Bezużyteczna praca”, „Nie podoba mi się”, a potem: „Zapłacę 1/3, ale…”, zaczęłam w siebie wątpić. Rozmyślałam, gdzie popełniłam błąd i jak mogłabym go naprawić. A potem uświadomiłam sobie, że ten pan od początku nie planował mi za nic zapłacić. Nie miał pieniędzy. Szukał jakichkolwiek możliwości, żeby jego firma znów zaczęła dobrze działać i znalazł sobie kozła ofiarnego, żeby zrzucić na kogoś odpowiedzialność za własne niepowodzenia. To nie moja praca była zła, a złe było jego podejście. Zwłaszcza że od początku zapewniałam go o rocznej gwarancji i możliwości edycji w dowolnym czasie.


Dużo myśli mi się wtedy pojawiło. Z jednej strony czułam, że powinnam złożyć ten pozew, a z drugiej nie chciałam narażać się na negatywne emocje. Czy to znaczy, że zawsze będę odpuszczać? Pewnie nie. Ale niezależnie od tego, jak potoczyłaby się konkretna sprawa, zły człowiek pozostanie złym człowiekiem. Ten pan od początku nie miał dobrych intencji i wiedziałam to od pierwszych minut rozmowy – mimo to podjęłam się tego zlecenia.

Wnioski, jakie wyciągnęłam po tej sytuacji:

  • Jeżeli czuję niespójności, nie biorę zlecenia,

  • Jeżeli czuję złe intencje, nie biorę zlecenia.

  • Nie muszę brać każdego zlecenia, nawet jeśli kontakt jest z polecenia (jak w tym przypadku).

  • Nie muszę brać każdego zlecenia, bo nie muszę – klientów jest tak wielu, że zaraz znajdzie się nowy, uczciwy, który naprawdę ma potrzebę zmian, współpracy, wie, czego chce i doceni moją pracę i zaangażowanie.

Tak teraz o tym pisząc, myślę, że poczucie niezgodny i niespójności, które mi się wtedy pojawiło, wynikało z faktu, że ów pan nie miał realnej potrzeby zmian. Wciąż mi powtarzał, że prezentacja, którą przedstawiają klientom, jest w porządku, a na dobrą sprawę z inicjatywą współpracy ze mną i działaniu na polu marketingowym, wyszła osoba z firmy, prawa ręka szefa, nie szef – co w żadnym wypadku nie tłumaczy, dlaczego nie zapłacił faktury, a potem stawiał warunki: „Zapłacę, jeżeli…” lub „Zapłacę połowę, ale…”.


Pan X przy wymianie kilkunastu maili nie podał żadnego konkretnego powodu, dlaczego odrzuca projekt, nie wskazał miejsca, które miałabym edytować, nie był w stanie powiedzieć, co jest za mało marketingowe, ani też dokładnie wytłumaczyć, co mu się nie podoba. Miałam się tego domyśleć – zabawa w kotka i myszkę, a myślę, że finalnie i tak by mu się nic nie podobało, ponieważ nie wiedział, po co mi to zlecił.


Na szczęście przez 3 lata mojej freelancerskiej działalności pan X jest drugą osobą, która zachowała się w ten sposób. Podczas pierwszej sytuacji, również od początku czułam, że nic dobrego z tego nie będzie, a mimo to rozpoczęłam pracę. Dziś już takich współpracy nie podejmuję, szkoda czasu.


Straciłam na tego pana pół roku, sporo nerwów i 2 000 zł. Ale zyskałam prawnika, wiedzę i doświadczenie. Stałam się silniejsza i mądrzejsza względem pracy i wyboru zleceń. Wiem, na co zwrócić uwagę, wiem, do kogo zwrócić się z problemem i prosić o pomoc. Wsparcie mentalne w tym danym okresie było dla mnie szczególnie ważne. Wspierał mnie każdy, kto poznał tę historię i był w niej ze mną od początku.


Pieniędzy już nie odzyskam, ale w sprawie pomocy prawnej i pomocy mentalnej chętnie podzielę się dwoma wartościowymi numerami telefonów.


Dziękuję!