Teneryfa – powakacyjne spostrzeżenia i refleksje

Artykuł jest dokładnie w takiej formie, w jakiej powstawała relacja w trakcie pobytu. Pod koniec znajdują się moje osobiste odczucia i refleksje na temat tego miejsca, a całość z założenia ma być mini przewodnikiem – widzianym moimi oczami. W tekście zawarte są także informacje na temat podróży w czasie korony i tego, czy w trakcie pobytu odczuwałam jakikolwiek dyskomfort. Życzę przyjemnego czytania!


Pełną relację ze zdjęciami zapisałam na Instagramie: diamond_speech_mm



STARTUJEMY!


Przed wylotem musieliśmy wygenerować kod QR, a w domu wypełnić ankiety zdrowotne (jakie są obecnie u każdej kosmetyczki i fryzjerów), które zbierano na lotnisku po wylądowaniu.

Jedyna zmiana, jaka nastąpiła, to termin wylotu ze środy na poniedziałek i analogicznie powrót z niedzieli przesunął się na piątek. Na lotnisko mogły wejść tylko osoby, które gdzieś leciały – przy wejściu sprawdzano bilety. Mimo informacji, że będą mierzone temperatury, nic takiego się nie stało aż do czasu wylądowania na Teneryfie. Na lotnisku i w samolocie trzeba było nosić maseczki. Nieważne jak, ważne, żeby nosić. W drodze powrotnej było podobnie, z tym że karty informacyjne (bez części covidowej) rozdawano i zbierano w samolocie.


Podczas odprawy na i z Teneryfy przydzielono nam miejsca obok siebie: A, B, C (bez dodatkowej opłaty). Po starcie większość osób ściągnęła maseczki. Dopiero w chwili przemieszczania się po samolocie, trzeba było je założyć. Prawie wszystkie miejsca w samolocie były pełne, 1,5-2 dystans w chmurach nie obowiązuje.


Bezpośrednie loty z Katowic na Teneryfę i z powrotem wyniosły nas 3 x 360 zł z kartą Wizz Discount Club i dodatkową zniżką 20% w dniu rezerwacji.


Na lotnisku na Teneryfie przekonaliśmy się, że lepiej oprócz kodu QR mieć wszystko wydrukowane i wypisane ręcznie (wszelkie dokumenty dostaje się na maila przed wylotem) – szybciej przechodzi się przez automatyczny pomiar temperatury ciała – a jeśli nie są pewni, mierzą jeszcze raz ręcznie. W chwili pomiaru nie można mieć na głowie żadnego nakrycia.


Na podróż z dzieckiem polecam teczkę szczęścia (inspiracja: blog tasteaway). Cały zestaw kosztował ok. 20 zł, a zapewnił nam spokojną 6-godzinną podróż. W środku znalazły się kolorowanki, albumy z naklejkami, mazaki, książeczki i gry. Dodatkowo mamy dziecięcy tablet do rysowania (znikopis), który sprawdził się już podczas podróży na Sycylię w zeszłym roku (Nina miała wtedy 2 lata).



WYLĄDOWALI!


Po przylocie schody postawiono tylko z przodu samolotu. Pierwszy raz widziałam tak sprawne jego opuszczanie (rząd po rzędzie, bez zbędnych przepychanek – polecenie stewarda).


Na miejscu wypożyczyliśmy samochód w Auto Reisen – polecam! Czytaliśmy, że to najlepsza wypożyczalnia i rzeczywiście – nigdy tak szybko nie odebraliśmy i nie oddaliśmy kluczyków. W cenie było też pełne ubezpieczenie (ubezpieczenie bierzcie zawsze! Już raz zdarzyło nam się płacić za oponę, bo chcieliśmy przyoszczędzić...). Łączny koszt wypożyczenia samochodu na 11 dni wyniósł 600 zł.



POBYT


W naszym hotelu (Pez Azul w Puerto de la Cruz) obowiązywał nakaz noszenia maseczek – jakkolwiek, byle były, ale zdarzały się osoby, które nie nosiły i nikt ich nie upominał. Wszędzie były też płyny do dezynfekcji. Po 2 dniach spędzonych na północy, pojechaliśmy na południe do naszego apartamentu z widokiem na ocean (Ocean View Apartment – Playa de las Americas). W tym miejscu nie używaliśmy maseczek, bo pokoje znajdują się w otwartej przestrzeni, a i obłożenie hotelowe było znikome.


Większość sklepów i restauracji podczas naszego pobytu było zamkniętych. Mimo to nie było problemu, żeby dobrze zjeść czy zrobić zakupy. W pierwszy dzień pobytu pojechaliśmy na obiad do Santa Cruz. I uwaga! W restauracji podano nam (niezbyt świeże...) bułki z sosem. Coś w stylu niezamawianej przystawki. Znamy to już z innych miejsc w Europie, ale tym razem daliśmy się nabrać. Zmyliło nas, że kelnerka podała nam ją po przyniesieniu talerzy z daniem głównym, więc sądziliśmy, że to część obiadu. Dopiero na rachunku zorientowaliśmy się, że (podwójnie...) zapłaciliśmy za przystawkę (zwykle jest tak, że jeśli się tego nie ruszy, to się za to nie płaci). Napiwek standardowo też był już doliczony. Sam obiad pyszny. Nazwy restauracji niestety nie pamiętam. Obiad z napojami kosztował ok. 35 €.


Wieczorem tego samego dnia postawiliśmy na przypadkowy fast food w Puerto de la Cruz. Za ok. 8 € zjedliśmy pyszną pizzę margeritę i Tomek burgera z kurczakiem. Często sugerujemy się opiniami z Trip Advisor lub Google, jednak w tym czasie wiele miejsc pozostawało zamkniętych, więc zwracaliśmy uwagę na ilość lokalnych mieszkańców w restauracjach w danej chwili i tam się stołowaliśmy.


W drugim tygodniu pobytu pyszny wege obiad zjedliśmy w Puerto de la Cruz (restauracja El Limon), gdzie wróciliśmy ze względu na Lago Martianez. Następnie zwiedziliśmy plantację bananów (Finca Las Margeritas Banana Experience). Poniżej znajduje się lista polecanych przeze mnie miejsc oraz tych, których proponuję unikać.



KOSZT NOCLEGÓW


Pierwszy hotel (z basenem) w Puerto de la Cruz 2 x nocleg ze śniadaniem dla 3 osób wyniósł nas 250 zł (319 zł - 45 zł promocja booking - 4% rezerwacja przez goodie). Niestety 2 dni przed przylotem poinformowano nas, że hotel się nie otwiera i proponują inny w pobliżu. Potwierdziliśmy zmianę, bo i tak nic lepszego w tej cenie nie było. Na miejscu dopytaliśmy, czy w transferze uwzględniono śniadania – okazało się, że nie. Mimo to bez problemu dopisano nas do listy śniadaniowej – warto pilnować takich rzeczy.


Nocleg w apartamencie Ocen View Playa de Las Americas kosztował nas 1050 zł za 3 osoby (9 nocy w okresie od 8 do 17 lipca). Co ciekawe, tu ani razu nie widzieliśmy się z właścicielem. W wiadomości e-mailowej dostaliśmy kod do mini sejfu, znajdującego przy drzwiach, gdzie schowany był klucz i tam też go umieściliśmy opuszczając hotel. Z taką sytuacją spotkaliśmy się już wcześniej w Londynie. W czasie światowej paniki to bardzo dobre i bezpieczne rozwiązanie.



ATRAKCJE NA WYSPIE

To, że najbardziej znane atrakcje były zamknięte, wcale nie oznaczało, że na wyspie nie było co robić. W każdej chwili można odwiedzić piękną miejscowość Masca, gdzie część restauracji w trakcie naszego pobytu było już czynnych. Można też wejść na wulkan, wypożyczyć ponton z silnikiem, latać na paralotni, skorzystać z nauki surfingu, odwiedzić baseny Lago Martianez w Puerto de la Cruz za zaledwie ok. 5 € za cały dzień od osoby!


Wulkan El Teide i widoki wokół niego są cudowne. Wybraliśmy opcję najkrótszej trasy (10 km) i zdecydowanie nam to wystarczyło. Mocny filtr do opalania i zapas napojów to punkty obowiązkowe na liście rzeczy do wzięcia. Powietrze tam jest bardzo suche, a po drodze nie ma ani odrobiny cienia, żeby się schować.


W kolejnym dniu w raju zaliczyliśmy baseny Oasis Los Gigantes. Wejście kosztuje 10 € od osoby, dzieci-maluchy za free – jak niemal wszędzie. Idealne miejsce na poplażowy odpoczynek. Bardzo ciepła woda w basenach (w przeciwieństwie do Lago Martianez) i przyjemna obsługa (która pilnowała nam rzeczy, gdy wszyscy się kąpaliśmy).



CIEKAWOSTKA


W ciągu jednego dnia od rana w całym naszym rejonie nie było prądu (a podobno i na całej Teneryfie). I tu nasze miłe zaskoczenie – nikt specjalnie się tym nie przejął. Miejsca, które mogły, korzystały z agregatów czy jakichś dodatkowych lamp, a cała sytuacja wyglądała na

opanowaną i zupełnie „normalną”.

Tak kojarzy mi się cała ta wyspa spokojna i przyjemna, gdzie życie płynie bardzo swobodnie. #nostress


Wieczorem tego samego dnia zjedliśmy Paella w lokalnej restauracji (El Gomero w Costa Adeje). Trafiliśmy na cudowną obsługę – np. pan kelner zrobił naszej małej serce na talerzu z przygotowanych wcześniej krewetek.❤️



REVOLUT


Od dłuższego czasu korzystamy z karty Revolut. Dotychczas jej dużym atutem były darmowe wypłaty z większości bankomatów w Europie. Na wyspie jednak tylko w bankomacie Cajasiete udało nam się wyciągnąć gotówkę bezprowizyjnie (i to też nie w każdym, ale tu prowizja była najniższa i wyniosła 1,95 €), w pozostałych (w tym Euronet ATM) prowizja wynosiła 3-4 € (a w Santander nawet 7 €!).



PLAŻOWY CASE


Nina zasnęła na plaży. Normalne, to się zdarza. Było już późne popołudnie, ale wciąż pełne słońce i ani pół chmurki. I kiedy usypialiśmy dzidzię, zauważyła nas pewna para. Podszedł do nas pan i zapytał, czy mówimy po hiszpańsku. Odpowiedzieliśmy, że nie za bardzo, więc spróbował po angielsku i brzmiało to mniej więcej tak: „Parasol mam, dam, dzieci, chcesz?”. Grzecznie podziękowaliśmy, bo w sumie nie zrozumieliśmy, o co chodzi. Wtedy jego żona była już w drodze z parasolem (chyba zauważyła, że średnio się dogadaliśmy) i dała nam go, żebyśmy osłonili Ninę, bo oni teraz nie potrzebują, a dziecku się przyda. Mieszkańcy wyspy wciąż pozytywnie mnie zaskakiwali. Jestem zauroczona tym miejscem i ludźmi.


Kilka dni wcześniej pan z lodziarni (Panna Cioccolata w Costa Adeje) spytał, skąd jesteśmy i próbował mówić po polsku (nauczył się: wafelek i kubeczek ).



INFORMACJE TURYSTYCZNE


W okresie 6-17 lipca na większości plaż nie można było korzystać z pryszniców. Na tych były czynne: Playa de Torviscas (Costa Adeje – południe), Playa de Las Teresitas (Santa Cruz – północ). Nie wiem, od czego było to zależne. Na Playa de los Cristianos (Costa Adeje) były wydzielone strefy. Po co, nie wiem. Natomiast toalety wszędzie czynne.


Na forum Teneryfa pod moim postem padło też pytanie, czy są otwarte szlaki. Niektóre są, inne nie. Powodem są podobno m.in. spadające kamienie. Warto to sobie sprawdzić we własnym zakresie tuż przed przylotem.



MOJE ULUBIONE PLAŻE


Playa de Las Teresitas, Playa de Torviscas, Playa de los Cristianos.


Piękna była również Playa del Duque, ale tam były zbyt duże fale, żeby się swobodnie kąpać. Playa de Torviscas łączy się z Playa de Fañabe, która uważam też jest okej.


I TE MNIEJ ULUBIONE


Playa de Las Américas – przyjemna, szeroka, z wydzieloną falochronami strefą, kamienista. Byliśmy raz i nie miałam ochoty tam wracać, chociaż sama plaża w porządku.


Nie podobała mi się Playa La Caleta, według mnie surowa i w mało ciekawym położeniu.



POLECANE ATRAKCJE


Monkey Park – wstęp 10 € od osoby, małpki jedzą z ręki.


Baseny Lago Martianez – wstęp 5,5 € od osoby, woda w basenach zimna, ale na miejscu pięknie. Można wchodzić i wychodzić. Nie da się zapłacić kartą za napoje i posiłki.


Baseny Oasis Los Gigantes – cudowne baseny z ciepłą wodą i jeszcze piękniejszym widokiem, zjeżdżalniami i strefą dla dzieci. Można wchodzić i wychodzić, na miejscu jest też darmowe wifi. Wstęp 10 € od osoby.


Plantacja bananów Finca Las Margeritas Banana Experience – mówi samo za siebie.😁 Warto zobaczyć, jak rosną banany, a pod koniec wycieczki skosztować przysmaków z nich zrobionych, w tym wino, ciastka, dżemy, a także zobaczyć i spróbować, jak robi się Gofio (coś w rodzaju mąki/muesli, przysmak kanaryjski). Na miejscu można płacić kartą. Był też malutki sklepik z ichniejszymi wyrobami. Wstęp 7 € od osoby, ale nas policzono po 5 €.


We wszystkich tych miejscach nasza „dzidzia” (niecałe 3 lata) miała darmowy wstęp.



DARMOWE ATRAKCJE


El Teide – wulkan – dla nas takie trakcje to must be. Doszliśmy do ok. 2800 n.p.m., tj. 10 km pieszej wędrówki, trzeci najwyższy szczyt wulkaniczny na Teneryfie. Widoki i miejsce cudowne. Wstęp darmowy (kolejka płatna, ale w czasie naszego pobytu i tak była nieczynna).


Masca – piękne miasteczko z punktem widokowym. Wstęp darmowy. Warto się przejechać dla kilku chwil nacieszeniu oczu i wypicia kawy z urokliwym miejscu.


Anaga – (park) miejsce na piękne zdjęcia.



DELFINY


Przegapiliśmy ten rejs. Znaleźliśmy bardzo dobrą ofertę, ale niestety za późno (większość trzeba rezerwować z wyprzedzeniem). Na ostatnią chwilę były jeszcze wycieczki typu speed, ale zupełnie się nie opłacało (czyli szybsze łodzie motorowe bez postoju i kąpieli w oceanie). Najlepsze to takie, gdzie za 20 € od osoby w cenie jest drink, posiłek i ok. 2,5 h pływania wybranym środkiem transportu morskiego (np. statek Wikingów). Wiele firm proponuje także niższe ceny dla dzieci (np. 7,5 € za malucha). Warto przewertować dostępne oferty, a na Teneryfie ich nie brakuje.



AQUALAND


Aqualand Costa Adeje. Pierwsze wrażenie: „Wow, ale fajnie!”. Drugie wrażenie: „Wow, ale rdza!”. Do trzeciego doszło później, bo z początku odechciało mi się zjeżdżalni po tym, jak Tomek wrócił z pociętymi stopami, bo wszędzie są popękane kafle. I rdza. Obdrapane atrakcje dla dzieci. Nie wygląda to dobrze. Leżaki są dodatkowo płatne (2 €), mimo że wejście kosztuje prawie 30 € od osoby – cena kompletnie nieadekwatna do jakości. Z bezpieczeństwem też ma mało wspólnego, bo podłoże w basenach jest...betonowe (chropowate). Można sobie zwyczajnie zrobić krzywdę. Mimo długiej przerwy nie wyczyścili nawet leżaków, każdy dostał brudny.


Trzecie wrażenie: „Nie wypadnę z tej zjeżdżalni!?”.


Tomek: „Stałem w tej kolejce 40 minut. Myślę, wszyscy stoją, musi być super!”. Ja: „I jak było?”. Tomek: „Tak: ~~”.


I muchy... Nie wiem, skąd tam było tyle much, ale nie dało się spokojnie leżeć.

To jedno z nielicznych miejsc, którego bardzo NIE polecam.


Aqualand uważam za najbardziej przereklamowane miejsce na Teneryfie, szkoda na nie pieniędzy. Zupełnie niezadbane, mało bezpieczne i średnio przyjemne. Tydzień przed wylotem na wyspę byliśmy w Energylandii, gdzie jest nieporównywalnie lepiej!


Siam Park był niestety zamknięty podczas naszego pobytu, ale po tym, co zobaczyłam w Aqualand i tak myślę, że lepiej przejechać się do Suntago w Polsce.



POLECANE RESTAURACJE


El Limon – bardzo dobre wege jedzenie, przyjemna obsługa – Puerto de la Cruz


Cosmopolitana – Cafeteria – Pizzeria – pyszny lokalny fast food, polecam bardzo dobrą pizzę margeritę – Puerto de la Cruz


El Gomero – lokalna restauracja, cudowna obsługa (krewetki w kształcie serca), a porcja Paella tak duża, że spokojnie najadłby się 3-4 osoby – Costa Adeje


Chinese Restaurant Mandarin – całkiem smaczne jedzenie, jednak ryby, które mi podobno, były odmrażane, ale to chiński fast food, więc można było się spodziewać. Mimo to pycha (jadłam ryby w czosnku i porach, z kuchni było czuć, jak ładnie pachnie podczas przygotowywania), zupa pomidorowa również jedna z lepszych, jaką jedliśmy w chińskiej restauracji, sam wygląd tego miejsca nie zachęca, ale warto dać im szansę – Costa Adeje


FRESH Torviscas – przyjemne miejsce z widokiem na ocean idealne na odpoczynek, blisko Playa de Torviscas. Zostaliśmy przywitani miseczką popcornu, to miłe – Costa Adeje


Panna Cioccolata – Pyszne lody tuż koło Playa de los Cristianos. To właśnie tu pan próbował mówić po polsku, a nas nauczył po hiszpańsku słów: kubeczek i wafelek. Dodam, że średnio przepadam za lodami, a tam mogłabym jeść codziennie! – Costa Adeje



NIEPOLECANE


Heladeria Ice Cream – przy deptaku w pobliżu basenów Lago Martianez. Lody zupełnie bez smaku, a gdy się trochę roztopiły, sorbet Niny smakował jak najtańszy sok-koncentrat (typu Paola). Do tego dnia nie wiedziałam, że można zepsuć gofry. Bita śmietana z puszki, najtańsza polewa i niedobre orzechy, a ceny takie same, jak w miejscach, gdzie wszystko było świeżo robione.


CO BYM JESZCZE ZROBIŁA, GDYBYM SIĘ NIE ZAGAPIŁA?


Wynajęła kajak z przewodnikiem pod Los Gigantes lub wykupiła wycieczkę na otwarty ocean w poszukiwaniu delfinów i waleni. Za tym zdecydowanie polecam się rozejrzeć!



MOJE OSOBISTE SPOSTRZEŻENIA NA TEMAT TENERYFY


– wieczorem jest przyjemniej niż w dzień,

– na wyspie żyje się spokojnie,

– Teneryfa ma w sobie „to coś”, od pierwszego dnia czuliśmy się jak u siebie,

– dzięki sytuacji popandemicznej mieliśmy okazję lepiej poznać bardzo miłych i otwartych lokalnych mieszkańców i spróbować pysznych dań,

– nie było zbędnego przepychu (większość sklepów w czasie naszego pobytu było zamkniętych),

Teneryfa to wyspa jak wyspa, według mnie nadano jej status prestiżowej jako jednej z Wysp Kanaryjskich, co samo w sobie brzmi drogo (i prestiżowo), ale w rzeczywistości niewiele różni się od innych uroczych wysp typu Sardynia, która zrobiła na mnie dobre wrażenie. Ceny też są względnie normalne. Coś, co zwróciło moją uwagę to, że na Teneryfie jest właściwie stosunkowo tanio. Atrakcje po 20-50 € za osobę tylko na PLN brzmią drogo. Gdyby u nas podobna rozrywka kosztowała 20-50 zł wszyscy byliby zachwyceni. Już któryś raz zauważam, że to w Polsce jest drogo, a nie odwrotnie. Zauważyłam też, że atrakcje typu paralotnie czy motorówki kosztują w Polsce często więcej niż na europejskich wyspach, a wartość pieniądza jest u nas nieadekwatna do jakości życia,

– 2 tygodnie wakacji (11 pełnych dni i nocy) to dla nas zdecydowanie za długo, 9 nocy to wystarczające maksimum (optymalne – przetestowane).


Swoją drogą, dam znać, jak znów będziemy gdzieś lecieć (pewnie niedługo), ponieważ zawsze, gdy wracamy – pada. Zawsze. Bez prognozy podam datę ulewy, bo nawet jeśli w Polsce cały tydzień jest słoneczny, w dniu naszego powrotu leje. Na szczęście to działa również w drugą stronę i nawet jeśli lecimy do miejsca, które nam odradzano, bo nie jest to najlepszy czas na wakacje (np. pora deszczowa) w naszym terminie zawsze świeci słońce.


Pozdrawiam!




Jeśli wiedza zawarta w artykule wydaje Ci się interesująca lub przydatna, wesprzyj moje działania, stawiając małą biznesową kawę. Z góry dziękuję! - > https://buycoffee.to/diamondspeechmm