Francuskie przygody

Francja nie należy do moich ulubionych destynacji. Ilekroć wybieram się w podróż w tamte rejony, mam poczucie, że jedynie odhaczyłam kolejne miejsce na mapie świata. Ale! Po tej wyprawie naszły mnie pewne przemyślenia, które są dość ciekawe w kontekście mojej osoby – kochającej podróże, inne kultury i miejsca.


Do Lourdes wybraliśmy się przypadkiem, ponieważ trafiliśmy na post na którymś z podróżniczych fanpage na Facebooku, który informował, że cena biletu tam i z powrotem linią Ryanair to zaledwie 80 zł od osoby – nie trzeba było nas długo namawiać. Tym razem dodatkowym kosztem były jedynie testy, które wyniosły 188 zł od osoby (promocja z kodem „lato2021”…).

Zdjęcia z lotniska w Krakowie.


Z podróżniczych tipów jak zawsze polecam magiczną teczkę dla dziecka, do której pakujemy kolorowanki, kredki i inne naklejki + dodatkowo jesteśmy zabezpieczeni zestawem bajek na telefonie/tablecie (mamy na uwadze, że inni ludzie w samolocie również chcą przebyć podróż w spokoju ;)).

Zdjęcie zadowolonej dzidzi.


Dolecieliśmy. Zmęczeni, spragnieni kąpieli, pościeli i odpoczynku (na lotnisku w Krakowie musieliśmy się stawić po 4:00).


W drodze do hotelu zatrzymaliśmy się w kawiarni, którą bardzo polecamy – Coffee with Tea w Lourdes. Mała urocza kawiarenka z przepyszną kawą i croissantami.


Swoją drogą po powrocie kilka osób zapytało mnie, jak tam było w kwestii „paszportów”. Na 4 dni pobytu sprawdzono nas tylko raz. W samym Lourdes na drzwiach każdego mniejszego i większego lokalu widniała informacja o konieczności skanowana kodu, natomiast w Pau jedynie przy atrakcjach turystycznych pojawiała się taka adnotacja, ale nie sprawdziliśmy, na ile faktycznie respektowano zasady.

Zdjęcia: z lewej kawiarenka Coffee with Tea, z prawej restauracja tybetańska (tylko tam sprawdzono kody QR).


Z nadzieją, że apartament zostanie nam udostępniony odrobinę wcześniej (zameldowanie mieliśmy dopiero o 16:00 – nasze niedopatrzenie), podreptaliśmy pod hotel, ale niestety, pokój był jeszcze niegotowy. Próbowaliśmy coś „wynegocjować”, ale pani nie dość, że nie mówiła ani pół słowa po angielsku (jak to w zwyczaju mają francuzi – czego kompletnie nie potrafię zrozumieć, biorąc pod uwagę, jak dużą ilość turystów przyjmują pod swój dach każdego roku!), to jeszcze okazało się, że ogłoszenie na bookingu wprowadzało w błąd. Adres podany pod zdjęciami, jak i same fotografie, nie odwzorowywały miejsca, pod które trafiliśmy według danych z SMS-a. Po tekstowej dyskusji (pani prosiła, żeby pisać do niej SMS-y, ponieważ mogła je sobie na bieżąco tłumaczyć w translatorze) oraz interwencji w booking.com, okazało się, że ulica widniejąca na stronie rezerwacyjnej jest prywatną właścicieli, podobnie jak część wrzuconych tam zdjęć (budynku czy placu zabaw, na którym bardzo nam zależało ze względu na podróż z dzieckiem – na miejscu zastaliśmy plastikowy, brudny domek ogrodowy do zabawy, z którego nijak nie było możliwości skorzystać [obecnie nie ma go już na zdjęciach]). Miejsce noclegowe, którego wyjątkowo nie polecam, nazywa się Maison Saint Matteo. W dodatku, gdy dotarliśmy pod „hotel”, poczuliśmy, że z okien wydobywa się mało przyjemny zapach stęchlizny. Mamy przypuszczenia twierdzić, że pani ma świadomość, że wpuszcza gości do niezbyt przyjemnych warunków, o czym świadczą dostępne na bookingu komentarze (nie wiem, jakim cudem je pominęliśmy – chyba brak czasu przed wylotem sprawił, że wyjątkowo nie zaczytaliśmy się w opinie – bo suma summarum ogólna ocena obiektu była dosyć wysoka) oraz fakt, że przed naszym przyjściem długo wietrzyła pomieszczenie (okna na oścież były otwarte przynajmniej 2 h – pierwszy raz pod wskazanym adresem byliśmy już o 14:00).

Nieprzyjemne doświadczenie odrobinę rekomendował widok na góry z okna oraz sama lokalizacja – byliśmy bardzo blisko centrum oraz miejsca docelowego, czyli katedry (która swoją drogą robi ogromne wrażenie – zwłaszcza starannie stworzone z malutkich elementów przepiękne mozaiki – chapeau bas dla twórców).

Zdjęcie: widok z okna apartamentu.


Co ciekawe, po zakończeniu tej wycieczki, doszłam do wniosku, że zaczynam doceniać Polskę – jej położenie, możliwości gospodarczo-ekonomiczne, łatwość w pozyskaniu wszelkich produktów i skorzystania z usług. W zasadzie wszystko, czego potrzebujemy, mamy na wyciągnięcie ręki.


Sporo podróżuję. Wprawdzie dotychczas są to głównie wycieczki po Europie, również poza strefy Schengen, niemniej odkrywam, w jak wygodnym położeniu znajduje się nasz kraj. Nawet dla mnie samo takie przemyślenie jest szokiem, ponieważ zwykle lepiej czułam się poza granicami Polski (Holandia wciąż stanowi dla mnie top of the top pod względem kulturalno-krajobrazowym, ale to kwestia mocno indywidualna i zapewne wiąże się z moją historią, emocjami czy doświadczeniami, które miały miejsce w okresie, gdy przebywałam w tym kraju).


W każdym razie będąc we Francji, zwróciłam uwagę na rzeczy, które bez problemu na co dzień mamy w Polsce, typu dostępność marketów spożywczych, łatwość komunikacji i komunikowania się, piękne witryny sklepowe (w Lourdes po którejś godzinie sklepy zamykane są na cztery spusty roletami antywłamaniowymi – podobnie jak w Paryżu, w którym w nocy strach wyjść), a przede wszystkim…bezpieczeństwo. Zdałam sobie sprawę, że, mimo podstawowej wiedzy nt. zagrożeń, jakby nie patrzeć, w Polsce jest stosunkowo bezpiecznie – pod wieloma aspektami (również ekonomiczno-gospodarczymi). A poczucie tej świadomości zwiększają również native speakerzy ze szkoły językowej, do której uczęszczam od prawie roku. Zawsze zaskakiwało mnie, że osoby z USA (zwłaszcza z USA!), RPA czy Wielkiej Brytanii, wybrały do zamieszkania Polskę, dlatego, ilekroć mam okazję, zadaję im pytanie: „Dlaczego Polska?”. Odpowiedź za każdym razem jest taka sama: tu jest bezpiecznie + każdy nauczyciel podkreśla, że Polska jest krajem, z którym wyjątkowo łatwo załatwić wszelkie sprawy związane z przylotem – w każdym innym państwie procedury są znacznie bardziej skomplikowane, przez co trudniej uzyskać visę i podpisać niezbędne dokumenty do rozpoczęcia pracy. Co jak co, ale zdecydowanie podczas tej podróży dotarło do mnie, że mamy się tu całkiem dobrze – nawet prawo tworzone jest w taki sposób, żeby zawsze mieć wyjście z każdej sytuacji (czasem trzeba się tylko trochę bardziej nagłówkować, żeby znaleźć rozwiązanie [lukę]) #clever (co wcale nie oznacza, że uważam, że obecnie dzieje się dobrze...).


Wracając do samej Francji i wycieczki do Lourdes – sytuację uratowały Pireneje. Piękno natury, cisza, spokój, widoki. Wprawdzie nie dotarliśmy do miejsc, które przede wszystkim chcieliśmy odwiedzić (3 tygodnie przez naszym przylotem droga do głównych atrakcji została zablokowana przez prawdopodobnie spadające kamienie lub osuwisko), niemniej nacieszyliśmy oko, podążając szlakiem jeziora Lac de Gaube.

Zdjęcia: szlakiem Lac de Gaube, Pireneje Atlantyckie, Francja.


Względem Lourdes fascynuje mnie sama magia tego miejsca i wiara ludzi, że naprawdę mogą zostać uzdrowieni. Niesamowita jest moc ludzkiego umysłu. I jak to powiedziała moja babcia: „Nie każdego ta moc jest w stanie uzdrowić”. Myślę, że dokładnie w ten sposób definiuję wiarę: jako siłę (ludzkiego umysłu).

Zdjęcie: woda prosto ze źródełka – ta sama, która podobno ma tę niesamowitą moc – babcie dostały pamiątkę w prezencie.

Miejscem, które zdecydowanie polecam, jeżeli wybierzesz się w tamte rejony, jest miasto Pau – położone nad rzeką o tej samej nazwie. Gdy tam dojechaliśmy, poczułam się jak w innym kraju. Kompletnie odmienne miejsce od Lourdes. Znacznie przyjemniejsze w odbiorze. Może dlatego, że znajduje się tak blisko hiszpańskiej granicy. ;)

Zdjęcia z Pau.


Podróż do Lourdes to już kolejna w ostatnim czasie (po Gruzji czy Albanii), która pokazała mi, że im znajduję się dalej od miejsc typowo turystycznych, tym więcej piękna natury i człowieczeństwa odkrywam. Może jest to jakiś kolejny etap mojego osobistego rozwoju mentalnego – a jeżeli tak, to uważam, że razem z moim umysłem kierujemy się w dobrą stronę. ;)


Tym optymistycznym akcentem kończę nietypowy wpis podróżniczy o południu Francji, która pozostawiła po sobie dwa mocno wybijające się, skrajne wspomnienia: nieprzyjemny zapach w hotelu (mamy nauczkę, że jednak warto skrupulatnie czytać komentarze!) oraz przepiękny krajobraz Pirenejów (i powrót „na stopa” ze szlaku aż do samego Lourdes z Holendrami <3 bo i taka sytuacja miała miejsce :)).


Podsumowując ten wypad, polecam zwracać szczególną uwagę na opinie na temat danego miejsca noclegowego oraz jeszcze przed wylotem upewnić się, że atrakcje, na które się wybieracie, na pewno są dostępne w tym okresie (niektóre kolejki, które planowaliśmy "zaliczyć" zakończyły pracę na kilka dni przed naszym przylotem, a powodem był zwyczajnie koniec sezonu).

Miłego dnia!


Jeśli wiedza zawarta w artykule wydaje Ci się interesująca lub przydatna, wesprzyj moje działania, stawiając małą biznesową kawę. Z góry dziękuję! - > https://buycoffee.to/diamondspeechmm