Biuro z widokiem na Korfu


Dzięki podróżom czuję, że żyję. Nie potrafię za długo wysiedzieć w jednym miejscu. Podobnie dzieje się u mnie z miejscem zamieszkania. Ilekroć się przeprowadzam, a zdarza mi się to stosunkowo często, powtarzam sobie, że tym razem w danym mieszkaniu zostanę na dłużej. Zwykle mi się to nie udaje i po upływie 2 lat zmieniam lokum. W przypadku podróży już po 3 miesiącach czuję braki i zaczynam kombinować, dokąd się udać.


Tym razem sytuacja na świecie jest inna. Szalona i nietypowa. Mimo to zdecydowaliśmy się ruszyć w trasę – do jedynego miejsca w Europie, które nie wymagało testów oraz mieściło się w moim budżecie. Albania – kraj, który zaskoczył mnie pozytywnie pod wieloma względami. Przed przekroczeniem granicy miałam ogromne obawy – coś w rodzaju strachu przed nieznanym. Poza tym sporo się naczytałam na temat Albańczyków na polskich stronach i blogach i uważam, że wiele z tych treści jest mocno krzywdzących, chociaż domyślam się, że wynikają z osobistych doświadczeń. Uwierzyłam jednak tym osobom, które opowiadały o dobrych stronach Albanii i na to starałam się zwracać uwagę – z pozytywnym tego skutkiem, ponieważ wróciłam z cudownymi wspomnieniami.

Na zdjęciu: widok z hotelu w Sarande w Albanii (widoczna w tle wyspa to greckie Korfu).


Wyjechaliśmy 2 kwietnia, dokładnie w 30-te urodziny Tomka, swoim samochodem (który notabene odebraliśmy od mechanika 2 godziny przed wyjazdem, ponieważ tydzień przed okazało się, że turbina wymaga regeneracji – na dobry początek podróży ponad 3 tysiące złotych nie nasze – tak to się zwykle kończy, gdy zakładamy, że ta konkretna podróż będzie niskobudżetowa ;)). Do granicy ze Słowacją czułam niepokój i niepewność. Mimo że nie słucham wiadomości, mimochodem wciąż docierały do mnie różne informacje, w tym o znacznych kontrolach na granicach czy karach pieniężnych dla urlopowiczów. Już na tym etapie moje obawy były zupełnie niesłuszne, ponieważ media jedno, rzeczywistość drugie. Granicę ze Słowacją mijaliśmy po 21:30. Przed wjazdem na słowackie tereny chcieliśmy kupić winietę, ale…pani nam nie sprzedała. Nie wierzyła, że uda nam się przejechać i uznała, że lepiej jak zaopatrzymy się w winietę po słowackiej stronie. Po przekroczeniu granicy zatrzymała nas kontrola graniczna, która wyglądała na mocno zdziwioną, że widzi nasz samochód. Zapytano tylko dokąd jedziemy i życzyli powodzenia w zakupie winiety – była taka kolejka tirów, że uznaliśmy, że objedziemy to bokiem i do autostrady dołączymy się później. Z tym, że później nie było żadnej możliwości zakupu i musieliśmy dokończyć trasę do Węgier bocznymi drogami – wśród lasów i zwierząt. Przez Węgry droga minęła szybko i bezpostojowo. Na granicy również nie było żadnych problemów – ponownie zapytano, dokąd jedziemy i dano nam mapę z możliwymi postojami dla tranzytu (mniej więcej co druga stacja). Na szybę dostaliśmy naklejkę, ale odfrunęła gdzieś w międzyczasie, więc nie wiemy, czy i jak spełniała swoją funkcję. W Serbii i Macedonii zasady przejazdu były już względnie normalne, postoje dozwolone wszędzie, a restauracje przy autostradach otwarte z jedzeniem na wynos. Dodatkowo w Macedonii pytali, czy na pewno nie mamy nic do oclenia, w tym broni i innej bomby – w sumie było zabawnie. :D


Skopje, Macedonia


Jako że łączna trasa miała zająć około 20 godzin, uznaliśmy, że pierwszy postój zrobimy tuż po przekroczeniu granicy serbsko-macedońskiej, czyli w Skopje (w pierwszym możliwym kraju), przy okazji zwiedzając stolicę. I tu pierwsze rozczarowanie. Wszędzie śmieci, brud, na drodze wśród kierowców zero kultury. Naszą uwagę zwróciły również poobijane i (celowo) porysowane samochody – i nie były to pojedyncze sztuki. Wyglądało, jakby takie zachowanie było na porządku dziennym. Niefajnie. Około 12:00, zmęczeni, dojechaliśmy pod hotel – obtrąbieni z każdej strony. „Obsługa” parkingu zamiast nam pomóc i zapytać, dokąd zmierzamy, z niezadowoleniem wymachiwała rękami, pokazując dezaprobatę i sugerując, że bardzo im przeszkadzamy. Zdążyliśmy się tylko dowiedzieć, że jakiś podziemny parking kosztuje 15 euro za dobę. Biorąc pod uwagę, że pierwszy hotel (apartament z jacuzzi w pokoju i obfitym śniadaniem) kosztował nas 160 zł, parking podziemny za 15 euro nie zyskał naszego zainteresowania. Ustawiliśmy auto z boku i pobiegłam szukać hotelu. Gdy znalazłam, pani z recepcji poinformowała mnie, że możemy bezpłatnie skorzystać z przyhotelowego parkingu. Easy.

W samym hotelu obsługa była bardzo przyjemna. Jedyne, co mocno mnie zaskoczyło, to możliwość palenia papierosów podczas spożywania posiłków, nawet w restauracji hotelowej. Mało przyjemne.


Tego samego dnia poszliśmy na spacer po mieście oraz zjeść lokalną kolację. O ile jedzenie było w porządku i w rozsądnych cenach, o tyle nie sposób opędzić się od ulicznych sprzedawców i żebraków. To, co dzieje się na ulicach Skopje, jest przerażające. Pierwszy raz podczas podróży mieliśmy przy sobie nerkę Pacsafe, dzięki której czuliśmy się bezpiecznie. Niemniej trzeba mieć oczy do okola głowy. Naprawdę odpychające.


Podkoloryzowałam trochę zdjęcia, coby lepsze wspomnienia ze Skopje przywieźć. ;)

Na zdjęciu: Skopje, Macedonia.


Sarande, Albania


Następnego dnia ruszyliśmy dalej od razu po śniadaniu. Macedonia zrobiła na nas bardzo złe wrażenie, więc żadne zwiedzanie już nas nie interesowało. Po przekroczeniu granicy macedońsko-albańskiej, poczułam się lepiej. Okolica wydała się jakby przyjemniejsza, a klimat wiosenny – wakacyjny (mimo że po stronie macedońskiej w górskich rejonach przywitał nas śnieg – a auto na letnich oponach).

Na zdjęciu: śnieżyca w trakcie przekraczania granicy macedońsko-albańskiej.

Po kolejnych kilku godzinach podróży, dotarliśmy do nadmorskiej miejscowości Sarande. Mieszkaliśmy w hotelu Joan – w samym centrum, w pokoju z widokiem na Korfu. W sumie polecam – jedyny minus to brak parkingu, co ostatecznie nie stanowiło większego problemu. Pokoje czyszczone codziennie, jedzenie pyszne, obsługa miła i przyjemna.


Będąc w Sarande, stołowaliśmy się w restauracjach polecanych na Trip Advisor – jak zwykle. Wszystkie polecam. Za każdym razem trafiliśmy bardzo dobrze.


Rzecz, która zdecydowanie wyróżnia Albanię, to ilość jedzenia, którą dostaje klient. Porcje są tak ogromne, że nie ma sensu brać zbyt wielu potraw na raz – Albańczycy zdecydowanie nie żałują ilości dania na talerzu, a dodatkowo jednorazowy obiad dla 3 osób kosztował nas zwykle od 30 do 45 zł (z deserem i napojami). Co również mnie urzekło, że gdy zamówiłam danie z krewetkami, była ich na talerzu zdecydowana większość (80% krewetek do 20% warzyw). Mała i sycąca miseczka pysznego dania.


Podczas pobytu pracowałam, stąd tytuł niniejszego artykułu. Wyjechałam nie tylko na wakacje, ale przede wszystkim żeby odpocząć od nieprzyjemnej atmosfery, jaka miała miejsce w Polsce. I cieszę się, że zdecydowałam się na chwilę poza granicami, ponieważ mentalnie odpoczęłam. Albańczycy są bardzo uprzejmi i gościnni – odzyskałam wiarę, że mimo sytuacji na świecie, gdzieś jeszcze można żyć bez strachu. Gdybym tylko miała możliwość, zostałabym w Albanii na dłużej, żeby przeczekać to, co działo się w Polsce.


Sarande stało się naszą bazą wypadową. Stamtąd pojechaliśmy do miejscowości Ksamil, która słynie z najpiękniejszych plaż i…udało nam się złapać trochę słońca. Plażowaliśmy kilka godzin, przy okazji poznając Francuzów, mieszkających na stałe w Kosowie, a których dzieci uczęszczają do amerykańskiej szkoły. Mówili, że jest im tam dobrze, ludzie są kulturalni, życie stosunkowo tanie, a jedynie problemy politycznie sprawiają, że o Kosowie krążą różne legendy (niestety przez to i we mnie Kosowo budzi wewnętrzny strach, pomimo że nigdy tam nie byłam).

Na zdjęciu: na plaży Ksamil.

Następnego dnia zwiedziliśmy Blue Eye, które w niedalekiej przyszłości prawdopodobnie będzie płatne – o czym świadczą świeżo zamontowane bramki. Piękne miejsce! Zrobiliśmy tam najlepsze zdjęcia, które nie wymagają filtra.

Na zdjęciu: Blue Eye, Devine, Albania.


Trzeciego dnia wybraliśmy się do starożytnej miejscowości Gjirokastra. Tam pomiędzy uliczkami spotkaliśmy Eryka – polaka mieszkającego od ponad roku w Albanii i prowadzącego fanpage gijrokastrapl.


W ogóle świetne jest to, jak zagranicą ludzie są otwarci i pomocni. Gdziekolwiek byśmy się nie wybrali, wciąż trafialiśmy na wspaniałych ludzi. Jedni chcieli po prostu porozmawiać, inni opowiedzieć o tym, co warto zwiedzić, a na samym deptaku w Gjirokastra Nina dostała zniżkę na lalę, ponieważ pani uznała, że młoda jest tak słodka, że już to samo w sobie zasługuje na rabat.

Përmet, Albania


Po 3 dniach spędzonych w Sarande, skierowaliśmy się w rejony górskie. Permet uważane jest za najczystsze miasto w Albanii – od wjazdu czuć różnicę. Niestety Albania (podobnie jak Macedonia) tonie w śmieciach – są wszędzie. Taki obraz widziałam dotychczas jedynie na Sycylii, która ewidentnie ma problem z utylizacją odpadów i dbaniem o czystość.

W Përmet zrobiliśmy sobie górski trekking i kąpaliśmy się w źródlanej wodzie. Ku mojemu zdziwieniu, woda była ciepła jak w wannie. Po pływaniu zebraliśmy się i poszliśmy w stronę auta, po drodze mijając Muzułmanów odprawiających swoje modły. Biorąc pod uwagę, że było już ciemno, słysząc „A… A…”, poczułam niemały strach – wiem, że to tylko kwestia wewnętrznych przekonań, ale mimo wszystko creepy.

Na zdjęciu: miasto Permet oraz wody termalne Bënjë.

Hotel Ilir (pokoje zrobione w domu), w którym się zatrzymalismy, średnio nadawał się na chłodniejsze dni. Nie dla mnie survivale, a nagrzanie nawet małego pomieszczenia klimatyzatorem zajmowało wieki. Niemniej właściciele starali się, żeby niczego nam nie brakowało, a śniadanie przyszykowali na tarasie z widokiem na góry – powiedzmy, że ten obraz zrekompensował chłodne lokum.

Na zdjęciu: na tarasie w hotelu Ilir, Permet, Albania


Ohrid, Macedonia

Z Permet pojechaliśmy już prosto do Macedonii, tym razem do polecanej przez wszystkich miejscowości Ohrid. O ile samo jezioro oraz stare miasto rzeczywiście robią wrażenie, o tyle sam kraj kolejny raz skutecznie nas do siebie zniechęcił. Wykupiliśmy noc w hotelu 4* (Hotel & Spa Tino Sveti Stefan)– z basenem, spa i śniadaniem. To, co zastaliśmy na miejscu, mogłabym uznać za dobre podsumowanie mojej opinii o Macedonii. Woda w basenie miała ledwie 29 stopni, więc średnio ciepła. Farba zdrapana, a obsługa dbająca o powierzchnię basenową, chodziła w butach (ludzie boso – jak to na basenie). Sam basen był z widokiem na jezioro Ohrid, W sumie piękny krajobraz – poza tym, że ledwo było cokolwiek widać ze względu na okrutnie brudne okna… Mnóstwo było tam drobnych elementów, które skutecznie pracowały na negatywną opinię hotelu, a już kropką nad „i” było czyszczenie stolików po śniadaniu – poprzez zrzucanie okruchów szmatką na podłogę… Palenie papierosów i w tym miejscu było dozwolone, także wróciliśmy do pokoju otuleni dymem. Pomijam jak bardzo szkodliwe jest bierne palenie dla dzieci… Ten brak świadomości wśród Macedończyków mnie przeraża. Obsługa restauracji też nie wyglądała, jakby w ogóle miała ochotę kogokolwiek obsługiwać. Jadąc z Albanii do Macedonii rozważaliśmy, czy nie przedłużyć sobie pobytu o jedną noc – kusiły nas baseny i sauny – ale już po średnio ciepłej wodzie basenowej, a potem mało smacznej kolacji, jedyne, o czym marzyliśmy, to żeby jak najszybciej opuścić ten kraj.

Na zdjęciu: zachód słońca – widok z hotelowego basenu.


Podróżnicze tipy


Pierwszy hotel zarezerwowaliśmy będąc jeszcze w Polsce. Resztę na bieżąco, spontanicznie. Uznaliśmy, że zobaczymy jaka będzie na miejscu pogoda oraz co rzeczywiście warto zwiedzić. I takim sposobem dotarliśmy do Sarande. Swoją drogą jadąc w tamte rejony, przez przypadek zboczyliśmy z drogi i trafiliśmy do Vlore – nadmorska miejscowość z długim deptakiem i cudownymi widokami. W sumie chętnie zostałabym tam na dłużej. Swoją drogą hotele last minute nierzadko mają lepszą cenę.

Na zdjęciu: Vlore, Albania.

Paliwo staraliśmy się tankować w Macedonii – zdecydowanie najtaniej. Granice przekraczaliśmy bez problemów – zarówno w jedną, jak i drugą stronę. Ewentualnie pytano skąd lub dokąd jedziemy. Kontrole graniczne nie różniły się nijak względem „normalnych” czasów.


Wracaliśmy też w okresie, gdy w mediach informowano, że na osoby powracające z krajów poza Schengen, czeka 10-dniowa kwarantanna, bez możliwości jej skrócenia. I tak podobno było dla osób, które podróżowały samolotem. Samochodem ostatnią granicę przekraczaliśmy na Słowacji... ;)


Serbska gościnność


Jedna z przygód, która przydarzyła nam się na trasie to…brak gotówki. Od tego momentu nauczyliśmy się mieć przy sobie chociaż 10 euro w papierku. W drodze do Polski utknęliśmy na bramkach autostradowych w Serbii. Okazało się, że terminale płatnicze nie działają, a dodatkowy problem stanowił brak języka angielskiego wśród obsługi autostrady. My swoje, oni rybka. Byliśmy już po 7,5-godzinnej podróży, przed nami było kolejnych 8 h. Po straceniu 30 minut na bramkach, postanowiłam, ze będę zatrzymywała każdy samochód, który podjedzie do bramek i poproszę o te 5 euro, których nie mamy, żeby przejechać. Plan był taki, że zdesperowana „wybłagam” o te kilka groszy, a następnie pojedziemy za samochodem do najbliższego bankomatu (sprawdziliśmy, że znajduje się kilka km od nas, wystarczyłoby na chwilę odbić z trasy). Po zatrzymaniu pierwszego samochodu i wyjaśnieniu sytuacji (na szczęście pasażer mówił łamanym angielskim, a dodatkowo pracownicy autostrady wytłumaczyli kierowcy, co się dzieje – w ichniejszym języku), dostaliśmy w prezencie 5 euro i życzenia bezpiecznej podróży. Sama obsługa była w szoku w związku z tym, co się wydarzyło, ale byli tak dumni, że pomogli nam przypadkowi ludzie (nie wiem, czy w większym szoku nie byli z powodu mojego desperackiego zatrzymywania aut – „wariatka” :D), że z tej radości powiedzieli: „Widzicie? Tacy właśnie są Serbowie! I takich nas zapamiętajcie!”. <3


Podsumowując – warto było wyruszyć w nieznane. Albania za każdym rogiem zaskakiwała nas pozytywnie. Jeżeli jeszcze się wahasz, czy warto wybrać tamten kierunek, mam nadzieję, że rozwiałam Twoje wątpliwości.


Miłego dnia i udanej podróży!

Jeśli wiedza zawarta w artykule wydaje Ci się interesująca lub przydatna, wesprzyj moje działania, stawiając małą biznesową kawę. Z góry dziękuję! - > https://buycoffee.to/diamondspeechmm