All excuse me

Wylot do Egiptu na własną rękę – już na etapie pisania tego zdania brzmi abstrakcyjnie. A szalone pomysły to nasza specjalność.


Wszystko odbyło się spontanicznie po tym, jak na tydzień przed terminem wylotu na Sri Lankę Wizzair odwołał rejs, a my byliśmy już nastawieni na wakacje. Z możliwych opcji po anulacji wybraliśmy zwrot pieniędzy i zaczęliśmy szybko szukać innej opcji. Od początku myślałam o All Inclusive typu siedzieć na walizkach i lecieć, gdzie się trafi, ale nie Tomek, który uznał, że sam coś znajdzie. I znalazł. Egipt. Na własną rękę. All Inclusive połączone z survivalem i zwiedzaniem największych egipskich atrakcji w upale 43 stopni (tyle wskazywały temperatury w telefonie, kiedy byliśmy w Luxorze i Kairze, nie chcę wiedzieć, jaka była odczuwalna – a była – do tego stopnia, że wiejący wiatr był gorszy niż jak nie wiało wcale – pierwszy raz w życiu czułam, że jest mi ciepło…w oczy!).

Pisząc ten artykuł byłam w pociągu pierwszej klasy z Luxoru do Kairu. Sam fakt, że się tu znaleźliśmy był właściwie nierealny, ponieważ turyści mogą podróżować pociągami tylko w wagonie sypialnym, znacznie droższym (ok. 85 $ za osobę! Ale przynajmniej jest bezpiecznie – zamykana kajuta i święty spokój– z tym, że drogi). Jak nam się to udało? Zawsze twierdzę, że jeżeli coś się bardzo chce to cały wszechświat nam sprzyja. A tym razem zesłał nam chyba jedynego uczciwego Egipcjanina. Ale po kolei.

Jeśli zastanawiasz się, czy warto lecieć do Egiptu na własną rękę – nie polecam. Chyba że tak jak my lubisz poznawać prawdziwe życie w danym kraju, nie lubisz tylko leżeć i tydzień oglądać tego samego widoku i masz dziecko, które potrafi spać w każdych warunkach (lub nie masz dziecka wcale) – wtedy polecam.


Przylecieliśmy do Kairu 4 czerwca 2022 z Katowic. Z przesiadką w Warszawie. LOTem. Zdążyliśmy pojechać na obiad i wrócić na lotnisko. Samolot Warszawa-Kair był opóźniony prawie 2 h, co powoli zaczynało nas stresować, ponieważ podróż mieliśmy zaplanowaną aż nader idealnie. Idea była taka, że gdy dolecimy, z lotniska, zabierze nas „Mohamed” i pojedziemy pod busa, który kolejno zawiezie nas do Hurghady. Wyszło prawie perfekcyjnie. Po wylądowaniu kupiliśmy wizy (ok. 150 zł od osoby), wsiedliśmy do pierwszego busika (zarezerwowanego wcześniej w Polsce) i ruszyliśmy na trasę. Wtedy usłyszeliśmy pierwsze: „Możemy liczyć na jakieś tipy? Mamy przecież takiego świetnego kierowcę!”.


Jadąc tym samochodem mieliśmy wrażenie, że jesteśmy na rollercoaster w niewesołym miasteczku. Na egipskich drogach jedyna zasada, jaka funkcjonuje, to „przesuń się, gdy trąbie, bo jadę bokiem”. Pasów nie przestrzegają. Świateł nie ma. Ale dzięki temu i korków też nie. Na ulicy jest każdy – motocyklista, pieszy człowiek, kierowca, osioł, wielbłąd czy koń. Jak są skrzyżowania typu rondo lub nawrotki (innych nie spotkaliśmy) to każdy się pcha. Co ciekawe, mają ten system tak opanowany, że nikt się tam nie zderza. Nie do pomyślenia w naszych rejonach. Swoją drogą pytaliśmy taxi-ubera (nasz przypadkowy przodownik – do wątku jeszcze wrócę), czy zdarzają się wypadki drogowe – powiedział, że rzadko (biorąc pod uwagę to, co widzieliśmy – łącznie z samochodem, który zatrzymał się prawie na naszych bocznych drzwiach – wydaje się to prawie niemożliwe). Gdy szczęśliwie i po wszystkich opóźnieniach, dotarliśmy w końcu do Go Busa, w planach mieliśmy drzemkę aż do samej Hurghady. Problemy pojawiły się jednak dwa – zepsuty głośnik tuż nad naszymi głowami oraz strzały w filmach akcji puszczanych do 3:00, brak klimatyzacji w nocy, bo silnik wymiękał i pobudka o 5:00, gdy kierowca postanowił włączyć egipskie przeboje na full głośności.

Kiedy nareszcie znaleźliśmy się w Hurghadzie, zastal nas niesamowity widok nicości. Nagle spod ziemi wyrósł jakiś taksówkarz. Zmęczeni skusiliśmy się na przejazd. Mimo że czytaliśmy o tym, jak zachowywać się w Egipcie i jak nie dać się oszukać, kierowca wykorzystał okazję. Nasza wina, ponieważ na start przejazdu zaproponowaliśmy polską cenę za taxi, a ten wyczuł kasę i próbował ugrać więcej. Dla nas to żaden wydatek (50 zł na 4 osoby), ale według ichniejszego taryfikatora powinnismy zapłacić maks. 10 zł za tę samą trasę.

Przygoda 1

Pan taksówkarz zawiózł nas pod nasz hotel, po czym niby poszedł zapytać, czy to na pewno dobry adres. Wrócił do auta i zbajerował, że to nie tu. W ten sposób wywiózł nas na drugi koniec wybrzeża, przy okazji objeżdżając całe miasto. Tak nabijał sobie kilometrów i udawał, że tak bardzo o nas dba. Po zrobieniu kółka, wróciliśmy pod pierwotny adres. Wtedy ze 150 LE (funtów egipskich) zrobiło się nagle 300 LE i problem z opuszczeniem taxi. Tomek „wytargował”, że ostatecznie stanęło na 230 LE, co i tak było mocno zawyżoną kwotą. Ale jak wyżej – gość wyczuł, że nie znamy cen, a mamy z czego zapłacić i kłopoty gotowe.


W każdym razie łączny czas podróży do Hurghady wyniósł nas jakieś 24 h i już byliśmy w hotelu. Oho, jak szybciutko.

W Hurghadzie wynajęliśmy hotel 4*** Sunny Days Palma de Mirette, a mieszkaliśmy po drugiej stronie ulicy w Mirette. Do kompleksu należało jeszcze Sunny Days Palace. Dlaczego o tym wspominam? Bo mimo że mieliśmy pokój po przeciwnej stronie drogi, mogliśmy korzystać dowoli z całego kompleksu. I tu była pierwsza wyraźna różnica cenowa w kwestii załatwiania wakacji na własną rękę – za All Inclusive dla naszej trójki (2 + 1) zapłaciliśmy 400 zł za 5 nocy – w tym samym czasie pobyt w Palace był 3-krotnie droższy.


Po naszej stronie (hotel Mirette) mieliśmy mini Aqua Park, na którym zwykle było…pusto. Dla porównania – w części Palace było najwiecej turystów (najbardziej fancy hotel), przez co był hałas, tłok, gwar i wszystkie leżaki w cieniu pozajmowane od samego rana. Nam opcja ciszy, prywatnych basenów i braku ludzi zdecydowanie przypasowała. Ostatecznie hotelu jakoś szczególnie nie polecam, ale też nie znam egipskich standardów – to był nasz pierwszy lot w te rejony.

Dzień 2

W niedzielę dochodziliśmy do siebie, a już w poniedziałek wybraliśmy się na pierwszą wycieczkę. Oczywiście propozycji wyjazdów zdążyliśmy otrzymać milion, ale mając świadomość, że nie warto ich rozważać, zgłosiliśmy się do Polki organizującej wycieczki w Hurghadzie. Monika załatwiła wszystko w sekund pięć, a najlepsze, że mogliśmy zapłacić przelewem w złotówkach. Nie korzystając z wycieczek zorganizowanych zaoszczędziliśmy 10$ – można powiedzieć, że „zwróciła się” pierwsza przygoda z taxi.


Tego dnia popłynęliśmy statkiem w stronę rafy koralowej. Nie była jakaś wyjątkowa, ale samo płynięcie i snorkowanie na środku morza czerwonego robiło wrażenie. Jeśli nie lubisz się moczyć w słonej wodzie, nic nie stracisz poza skokiem z łódki do wody, ponieważ w cześć podwodnej łodzi było w sumie więcej widać niż jak pływało się z maską.

Łódź podwodna Hurghada wyszła nas ok. 15$ za osobę (dziecko za free) – w przeliczeniu na złotówki to jakieś 65 zł.

Dzień trzeci poświeciliśmy w 100% na odpoczynek, plaże, baseny i drineczki.



Dzień 4

Ponownie skorzystaliśmy z usług Polki, tym razem wybierając Safari. Śmiało mogę stwierdzić, że jeżdżenie quadem po środku pustyni to przygoda życia. Nasza młoda też była zadowolona, gdy przewieźliśmy ją samochodem typu baggi. Dziecko kaskader. A na koniec atrakcji w wiosce beduińskiej czekały na nas wielbłądy. Całość wyszła 95 zł od osoby, dziecko free.


Informacyjnie: wycieczka ma dwie opcje – przejazd quadem po pustyni lub quad (45 min) + jeep do wioski i z powrotem. Biorąc pod uwagę temperatury, chyba opcja druga byłaby lepsza. Po 45 minutach na quadzie zaczynały boleć palce i piec łydki. Ostatecznie trochę pozdzierałam skórę na palcach dłoni i nabawiłam się niewielkich odcisków. I woda. Koniecznie na przejazd trzeba mieć ze sobą butelkę wody. W pewnym momencie jazdy quadem był krotki postój na zdjęcia, wtedy spokojnie można się napić. Ja nie miałam. Myślałam, że uschnę. Niemniej bardzo polecam, było świetnie!

Dzień 5

All Inclusive już nam się znudziło. Przyszła pora na All Excuse Me, czyli prawdziwe egipskie życie poza kurortami. Tego dnia z Hurghady wybraliśmy się do Luxoru, żeby pozwiedzać grobowce, świątynie i aleję Sfinksów. Ponownie jechaliśmy Go Busem. Tym razem ok. 4 h – z działającą klimatyzacją.

Przygoda 2


W drodze do Luxoru bus miał jeden postój. Pośrodku niczego. Długo, długo nic i nagle jakaś budka z pamiątkami, kawą i toaletą. Tomek poprosił o 4 kawy. „Barman” zapytał jakie: latte, cappuccino? Tomek z nadzieją odpowiedział: „Poproszę 4 cappuccino!”. Dostał tę samą lurę, co wszędzie indziej. Ale przynajmniej było zabawnie.

Ciekawostka 1


Z toalety można skorzystać bezpłatnie, ale wtedy nie dostanie się papieru toaletowego. Chcesz papier? Money, money! Dlatego zawsze najlepiej mieć swoje chusteczki. Mokre, suche i do odkażania. Wszędzie są potrzebne – egipskie toalety pozostawiają wiele do życzenia. A ręce obsługi w geście "money, money" nie przestają się wyciągać. Clean, clean! – wtedy możemy porozmawiać o money, money.

Przygoda 3


Dojechaliśmy do Luxoru. 42 stopnie Celsjusza. Pełno ludzi, my, bagaże i płacząca na rękach 5-letnia blondyneczka. Ilość naganiaczy zaczęła być przytłaczająca. Próbowaliśmy zamówić Ubera (jeszcze na lotnisku kupiliśmy egipską kartę – Elsalad – 10$ za 12 GB internetu i 500 minut), ale oddzwaniał tylko człowiek niemówiący po angielsku i ostatecznie nie dojechał. Kilka razy zmienialiśmy miejsce postoju. W pewnym momencie jeden upierdliwy pan bardzo mocno nie chciał się odczepić, a ja byłam już bardzo mocno zła. Fuknęłam, żeby już poszedł, na co w odpowiedzi usłyszałam, że przypomina mi, że to ja jestem u niego, a nie odwrotnie. Powiało niebezpieczeństwem – to są przyjaciele tylko do momentu, gdy chcą pieniądze. Ponownie zmieniliśmy miejsce, mając nadzieję na szybkiego Ubera, który wcześniej w Hurghadzie działał bez zastrzeżeń (tylko w ten sposób można jeździć w Egipcie taxi za prawdziwą kwotę). Długo się nie udawało, aż podszedł do nas jakiś gość z ofertą „pomocy”. Niby coś załatwiał, ale kręcił się w kółko, rozmawiał ze znajomymi i dalej jakoś nie mógł złapać taxi. W tym czasie zebrało się wokół nas pełno ludzi, w tym kilkoro podejrzanie wyglądających dzieci. Na szczęście co jakiś czas zatrzymywały się inne busy lub taxi z ofertą podwózki i takim sposobem udało nam się „uciec”. Znając już mniej więcej ceny przejazdów, wytargowaliśmy 30 LE za przejazd dla naszej piątki.

Wiedzieliśmy dzięki nawigacji Google, że przejazd do hotelu zajmie ok. 10 min. Generalnie wszystko i wszędzie trzeba u nich sprawdzać, bo to oszuści do potęgi. I tym razem, nauczeni taksówkowym doświadczeniem z Hurghady, pilnowaliśmy, gdzie mamy wysiąść. Pomijam, że jechaliśmy busikiem bez drzwi (mówię do Tomka, żeby zamknął, a ten zaczął się śmiać i pyta, co ma zamknąć, jak tu drzwi nie ma!). Dojechaliśmy na miejsce, a kierowca…udawał, że nie widzi i się nie zatrzymał. Ale Tomek się zorientował i kazał mu hamować. Ufff, udało się. Wysiedliśmy. Tomek daje 40 LE i pyta kierowcę, czy ma wydać, na co pada zdziwienie: „Jak wydać? Macie zapłacić 150 LE!”. Gość zauważył, że podjechaliśmy pod 5-gwiazdkowy hotel, więc wyczuł kasę. Nagle uznał, że 30 LE to on powiedział, ale za osobę. He he he. Nauczeni już trochę tej kultury, wzięliśmy bagaże i znowu „uciekaliśmy”. Hyc do hotelu i gość się rozpłynął. Czytaliśmy gdzieś na egipskich forach, że sposobem na nieuczciwych taxi jest poinformowanie, że jeśli mamy poczucie, że próbują kantować w kwestii zapłaty za przejazd, warto poprosić, żeby zawiózł nas na posterunek policji lub do punktów „Tourists Police”. Podobno od razu zmieniają swoje zachowanie – nie testowaliśmy, więc nie potwierdzę.

Dodam tylko, że według mnie 5* w Egipcie różni się od europejskich standardów. Na przykład tym, że nasz pokój nie był gotowy na godzinę zameldowania. Oczywiście przeproszono i zapytano, czy chcemy poczekać na drugi pokój w holu czy razem w pierwszym dostępnym pokoju. Poprosiliśmy o kartę i udaliśmy się na piętro. Po kilku chwilach przyszedł pan z obsługi z kartą do drugiego pokoju i…wyciągnął ręce w znanym już geście „money, money”… Nic nie dostał.

Nocleg w hotelu Sonesta St. George Hotel Luxor ze zniżkami z Bookingu wyniósł nas 100 zł za osobę. Dziecko ponownie za free. Ten polecam. Ma widok z balkonu na Nil, łódki na wycieczki po Nilu pod samym hotelem, obsługa miła, a do środka nie wejdzie żaden przypadkowy człowiek. Basen czysty.


Dzień leci, my powoli mamy dość Egipcjan. Uznaliśmy, że od tego momentu nigdzie nie ruszamy się już pieszo, bo nawet pod hotelem stali naganiacze – tu na bryczkę, tam na taxi czy wycieczkę.

Ciekawostka 2


Jadąc busem do Luksoru byłam ubrana w długą spódnicę, zakrywającą nawet buty oraz szeroką bluzę z cienkiej, lekkiej bawełny. Powód? Miałam dosyć tych zwierzęcych spojrzeń i komentarzy w stylu „super laska!”, „lucky man!”. Poza tym wiedzieliśmy, że jedziemy w rejon mniej turystyczny (poza atrakcjami) i może być różnie. Dzięki temu czułam się zdecydowanie pewniej i bezpieczniej. Chodziłam tak przez kolejne 2 dni, również w Kairze. Myślałam, że się roztopię – tym bardziej nie rozumiem ichniejszych kobiet, które chodzą na co dzień w kilku warstwach ubrań/szat. Odnoszę wrażenie, że ich skóra nie ma jak oddychać, co zdecydowanie nie jest zdrowe (nawet jak noszą suknie – pod spodem mają coś na wzór leginsów!). Ostatniego dnia pobytu na wakacjach miałam dosyć „zawijania” swojego ciała i tym sposobem znowu wywoływałam „sensację” wśród lokalsów. Nie polecam tego uczucia i miliona spojrzeń o różnym wydźwięku. W tej danej chwili marzyłam, żeby stać się niewidzialna.

Jeszcze tego samego dnia w Luksorze postanowiliśmy wybrać się na wycieczkę do Świątyni Luksorskiej – czytaliśmy, że najlepszy efekt jest właśnie po zachodzie słońca, gdy mury zostają oświetlone. I rzeczywiście, robią wrażenie. W tym samym miejscu znajduje się Aleja Sfinksów.

A żeby tam się dostać, zamówiliśmy kierowcę (w Egipcie świetnie działa arabska aplikacja analogiczna do Ubera – nazywa się Careem – i jest nawet tańsza niż sam Uber). Przyjechał pan świetnie mówiący po angielsku. Gdy wiózł nas do Świątyni, opowiadał różne historie związane z Egiptem. Dopytywał, ile zostaniemy w Luksorze i dokąd jeszcze się wybieramy. Okazało się, że jest historykiem jeżdżącym jako kierowca Careem i w ramach hobby opowiada pasażerom o swoim kraju. Zdarzył się cud. Na ponad 1,3 mln mieszkańców Luksoru trafił nam się chyba jedyny uczciwy Egipcjanin, który nie próbował nas oszukać.

Ciekawostka 3

Czytaliśmy, że za kradzież w Egipcie obcina się złodziejom palce. Poza tym podobno bardzo dbają o swoją reputację (zabawne – biorąc pod uwagę ichniejsze zachowanie, kulturę i warunki życia) i nie chcieliby, żeby odtrącano ich z powodu kradzieży. Ale nie widzą nic złego w nagminnym oszukiwaniu i kantowaniu turystów na każdym kroku.

Pan kierowca nazywał się Omar i z wielką przyjemnością woził nas po całym Luksorze, proponując kolejne atrakcje w super niskich cenach. Gdybyś miał/a okazję pojawić się w tamtych rejonach, koniecznie napisz do naszego kierowcy (+123346). Na przykład za lot balonem proponował nam 138 zł od osoby! Jak za darmo! Dla porównania – przed przylotem czytaliśmy, że musielibyśmy się liczyć z kwotą 300 zł/os.